Why so serious? Czyli o nieprzewidującym ustawodawcy.

Why so serious? Czyli o nieprzewidującym ustawodawcy.

the-joker-wallpaper-3

Wczoraj prezes Trybunału Konstytucyjnego Andrzej Rzepliński był gościem Tomasza Lisa w chylącym się ku zmierzchowi programie „Tomasz Lis na żywo”. Dość groteskowo było obserwować tych dwóch ludzi, z których jeden był kiedyś dziennikarzem a drugi apolitycznym sędzią. Obaj wypadli z pierwotnego kursu, opowiadając się po konkretnej stronie partyjnej i teraz patrzy się na nich trochę tak jak na maszkarony z katedry Notre – Dame.

Ustawodawca nie przewidział istnienia Tomasza Lisa.

Choć także i wielu innych dziennikarzy, których on tu symbolizuje – nie przewidział sytuacji, gdy dziennikarz przestaje być dziennikarzem i staje się pozorantem dziennikarskim, będąc w istocie nikim więcej jak propagatorem jednego światopoglądu. Inaczej mówiąc przestaje relacjonować to, co nas otacza, a zaczyna kreować. Brak jest regulacji, zgodnie z którymi jest punkt, po którego przekroczeniu traci się status dziennikarza.

Zadaniem dziennikarza jest odzwierciedlanie rzeczywistości w całej jej złożoności, naświetlanie od różnych stron tak, aby uzyskać możliwie pełny obraz wydarzeń. Fantastycznie udaje się to w krajach o długiej i utrwalonej demokracji, gdzie etos zawodu dziennikarskiego stoi wyżej niż doraźna potrzeba zdobycia za wszelką cenę dodatkowego dofinansowania i środków do życia (albo do jeszcze lepszego życia, czyli zwykłe pazerniactwo) albo zgięcia karków dziennikarskich przez aktualną władzę.

Niestety w kraju rozwijającym się, jakim jest Polska i inne państwa bloku postsowieckiego, dziennikarstwo jeszcze nie podniosło się z kolan, na które zostało rzucone po wojnie. Zabawne, prawda? Niby tyle lat… Prawdziwie niezależne jednostki jak Stefan Kisielewski czy Maciej Rybiński tym bardziej odstają na tle pozostałych. Zniewolenie umysłów sięga dużo głębiej niżby się wydawało. Bo nasi dziennikarze czują ogromną potrzebę opowiedzenia się po którejś stronie. Daje im to poczucie przynależności do stada, jakiejś wspólnoty – nawet, jeśli będzie to się odbywało za cenę utraty niezależności. Nawet, jeśli wiąże się to z rezygnacją przyznania drugiej stronie choć minimum racji, szczególnie gdy tę rację ma. Nawet jeśli żeby się wybić trzeba być najbardziej „żartą piranią” w swoim stadzie.

Dziennikarze przestali ze sobą rozmawiać, zaczęli się spierać albo wygłaszać przemowy. Albo się wzajemnie ignorują albo pouczają – ale już nie rozmawiają ani nie dyskutują. A zwróciliście uwagę na pozy przyjmowane przez dziennikarzy, którzy mają swoje stałe programy? Prawie każdy z nich jest zmanierowany, choć chyba uważają że to taki ich znak rozpoznawczy. W istocie  może to tylko śmieszyć.

Mam nieprzyjemnie wrażenia, gdy obserwuję wahnięcie po ostatniej zmianie władzy – oto ci, którzy byli na górze idą na dół, a ci z dołu pędzą do góry, uważając że za te lata poniewierki należy im się co najmniej to samo, co poprzednikom, albo i więcej, w końcu są męczennikami słusznej sprawy. Władza też wspiera ten mechanizm, dając wszystko jednym a drugim nic. Teraz ci syci, którzy muszą nagle mocno zacisnąć pasa, będą bardzo zdeterminowani żeby wrócić do stołu obfitości. I za cztery lata spektakl się powtórzy tylko zamienią się rolami. Sama myśl o tym już jest męcząca i wywołuje niechęć.

Ustawodawca nie przewidział istnienia prezesa TK prof. Andrzej Rzeplińskiego.

Konstruując Trybunał Konstytucyjny i zakres jego uprawnień oraz kształtując niezawisłość sędziowską nie przewidziano punktu, po którego przekroczeniu przestaje się być sędzią a staje się politykiem i urząd sędziego powinno się złożyć. Prezes Rzepliński z dwoma kolegami, uznając chyba, że PO będzie rządziła przez następne 25 lat, postanowił pójść na skróty i napisał sobie sam nową ustawę. Dogadał się z prezydentem Komorowskim, na złożenie projektu, bo TK nie ma inicjatywy ustawodawczej. Wszystko załatwiono wśród samych swoich, mniej więcej tak, jak kiedyś załatwiało się sprawy w KC PZPR, „między nami sekretarzami”. Tyle, że projekt trafił do sejmowej lodówki (prezydent Komorowski w enklawie szczęśliwości lekko się wyalienował od pozostałej części PO, a dodatkowo były wtedy pilniejsze sprawy), gdzie spokojnie przeleżał półtora roku, do chwili, gdy okazało się, że wybory prezydenckie wygrał kandydat, który głosił, że środowisko sędziowskie wymaga reformy, nawet w tle ktoś nietaktownie wypowiedział brzydkie słowo „lustracja” oraz trzeba było powołać nowych sędziów, ponieważ poprzednim kończyła się kadencja.

Tymczasem „między nami sekretarzami” sprawa się posypała o tyle, że odchodząca partia, uznając że nie ma już nic do stracenia a wielu do ustawienia, postanowiła w zamian za zmianę ustawy o Trybunale dorzucić w bonusie sędziów, których nie mogła wybrać. I co w tym momencie zrobił sędzia Rzepliński? Ano nic nie zrobił. Prawnicy wtedy mówią „wiedział i godził się na to”. Nawet nie zająknął się o tym, że wybór pięciu zamiast trzech to pogwałcenie demokracji, nie zabierał głosu u Tomasza Lisa, Krzysztofa Piaseckiego, Moniki Olejnik… Nie protestowała Fundacja Helsińska, nie zwoływano posiedzenia Komisji Europejskiej ani Parlamentu, nawet nie było wieców w obronie demokracji, a pan Mariusz Kijowski siedział jak kartofel w ognisku na ciepłej posadce, mając gdzieś demokrację.

Nagle cały Trybunał stał się zakładnikiem trzech osób, które ten Trybunał sprzedały politykom w zamian za nowelizację ustawy – nowelizacje przynoszącą także konkretnie korzyści materialne. Prezes TK uznał się za jedynego posiadającego władzę dopuszczania sędziów do orzekania i stwierdzania, czy ich wybór jest prawidłowy czy nie. Postawił się ponad Sejmem, Prezydentem, jakąkolwiek władzą. Trybunał stał się właściwie jednostką pomocniczą prezesa. Jest „Bóg, Prezes TK i Konstytucja” a daleko potem cała reszta. Chociaż, może Boga lepiej w to nie mieszać.

To właśnie sędzia Rzepliński z dwoma kolegami, okazali się zgniłymi owocami w Trybunale. Niestety ustawodawca nie przewidział, co się stanie, gdy sędzia, z definicji niezależny, apolityczny, który powinien być bardzo wstrzemięźliwy i rozważny w swoich wypowiedziach a już z pewnością nie wchodzić w układy, postanowi zrobić jakiś mały handelek z władzą ustawodawczą. I rodzi się pytanie czy to był pierwszy i jedyny taki handelek? Już nigdy na wyroki TK nie będzie się patrzeć tak samo, jak przed czasami prezesa Rzeplińskiego.

Jednak grzechem głównym dla obu opisanych tu panów stała się pycha.

Wybujałe ego, zatracenie proporcji. Bezgraniczna wiara w swoją misję, niestety polegającą wyłącznie na załatwieniu własnych interesów. Oderwanie od rzeczywistości. Wyobrazili sobie, że po tym jak nastąpiła zmiana są wodzami ludu na barykadzie. Ludu, którym zresztą głęboko gardzą.


Krzysztof Struś